środa, 21 września 2016

Elif Shafak: Uczeń architekta



Zaopiekuj się mną ze słoniem  i opowieścią w tle.



Wy myślicie, że Bóg jest podobny do was. Zły, surowy, pałający pragnieniem zemsty... Ja zasię mówię: miast wierzyć, że najgorsze, co jest w człowieku można znaleźć w Bogu, wierzcie, że co najlepsze w Bogu można znaleźć w człowieku. [1]

Proza Elif Shafak jest ze mną od dawna. Trafiłam na tę autorkę przy okazji wydania przez nią w Polsce "Bękarta ze Stambułu" (nakładem Wydawnictwa Literackiego) i choć długo zabierałam się do jego przeczytania kiedy już to zrobiłam stało się jasne, że  zaliczę ją do swoich ulubionych autorek. Upewniona  w  zachwycie przez "Czterdzieści zasad miłości" na wieść o wydaniu przez Znak Ucznia architekta zaczęłam szczerzyć się do monitora. W końcu nikt inny jak tylko Elif pokazała mi, że  moje spojrzenie na świat nie jest aż tak niespotykane jak myślałam.

Realizm magiczny czyli odłam literatury, w którym zdarzenia fabularne są  realne, czyli możliwe, ale jednocześnie opierają się momentami o wyobrażenia, mity i legendy. Takie połączenie tworzy miejsce na sporo domysłów, uwzględnienie metafizycznych przemyśleń bohaterów a także często otwarte zakończenia. Oprócz oczywistej przyjemności z czytania odbiorca ma okazję uruchomić w sobie przemyślenia do których na co dzień nie szuka dostępu.

O czym jest ta książka? Postaram się powiedzieć najmniej  jak potrafię.

Nastoletni Dżahan trafia na dwór Sułtana jako opiekun słonia. Wiąże go wiele obietnic, które składa myśląc, że właśnie tak uda mu się przetrwać.  Na ile przekonujący będzie w tym, co sobą pokaże i czy to będzie miało jakikolwiek wpływ na ostateczny los zarówno jego samego jak i oddanego mu pod opiekę zwierzęcia? Oczywiście nie powiem. Historia Dżahana to historia człowieka, który opowiada, poznaje świat i próbuje się w nim odnaleźć, choć ma świadomość, że nie trzeba wiele by popełnić błąd. Wiedząc gdzie jest musi zrobić wszystko by uniknąć potknięć. Na dworze sułtana błędy opłaca się życiem a  trafienie pod skrzydła architekta to taka sama szansa jak zagrożenie,

Shafak zaskakuje tak jak, ma w zwyczaju. Fabuła toczy się wolno z pozoru tylko spokojnie. Czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że stanie się coś, co zniweczy kruchy spokój Choć trudno tu mówić o wartkiej i pełnej zwrotów akcji, książkę i tak trudno odłożyć czytając. Autorka ma rękawy pełne asów, pobocznych bohaterów, którzy tylko czekają żeby wkroczyć na scenę i zagrań, za które przez kilka stron się jej nie lubi. Jeśli dodać do tego to, co napisałam na początku czyli styl zmuszający do przemyśleń otrzymujemy całość jaka na długo zapada w pamięć a to, co wydawało się ważne traci swoją wartość na rzecz nowych aspektów opowieści. Tytułowy architekt uczy nie tylko Dżahana, ale także i nas- czytelników. Dość łatwo pozyskuje sobie szacunek i utrzymuje go z łatwością nawet jeśli zdarzają się sytuacje, w których w pierwszym momencie chcielibyśmy się z nim nie zgodzić.

W tej powieści ważne są relacje, ale  po przeczytaniu nie sądzę żeby najważniejsze były te wymienione z tyłu okładki. Nie mniej książce udało się pokazać wiele przemian jakie wiążą się z poznawaniem nowych osób. Pokazuje także, że przed nowopoznanymi osobami możemy za każdym razem kreować się na nowo i przekonywać także siebie, że jesteśmy tacy jakimi potrafimy się pokazać.

Ciężko jest mówić o książkach z nurtu realizmu magicznego ponieważ w zasadzie nie da się opisać ani ich klimatu, ani tym bardziej wrażenia jakie mogą wywołać w czytelniku, o ile lubi on takie opowieści.  Życie opisywane w ramach takiego ujęcia pełne jest filozoficznych przemyśleń. W zasadzie często wysuwają się one ponad akcję, a mimo to nic nie  jest podawane na zasadzie wmuszania filozofii.

Chciałbym móc obejrzeć się za siebie i rzec, żem nauczył się miłować, tak samo jakem miłował się uczyć. Ale jeśli skłamię, jutro w piekle może czekać  mię wrzący kocioł i któż mi zagwarantuje, że owo jutro nie stoi już na mym progu, teraz, gdym stary jak sędziwy dąb i wciąż jeszcze nie w grobie?[2]

W tę historię łatwo się wkręcić. Bohaterom współczujemy, kibicujemy, a czasem odradzamy niektóre posunięcia. Już pierwsze strony pokazują że  fabuła będzie rozbudowana i jak już powiedziałam niejednoznaczna. Serdecznie polecam, bo chociaż to nie jest w mojej opinii najlepsza powieść autorki, to jednak potrafi zawładnąć wyobraźnią, staje się wiarygodna i skłania do sięgnięcia po inne powieści pióra Elif Shafak. Czekam na wasze reakcje!



Pozdrawiam

Ania -Księganna







[1] Elif Shafak, Uczeń architekta, Znak, Kraków 2016, s. 81.


[2] Tamże, s. 10.

wtorek, 20 września 2016

Melania Kaazówna: Dzienniki 1944 -1949





Historia nieskazana na anonimowość



Po każdej rodzinie krążą opowieści. Czasem śmieszne, czasem poważne, a najczęściej ważne tylko dla jej członków. Są też na świecie osoby, które za wieści o przodkach oddałyby ostatnie( nawet pożyczone) pieniądze. Czytanie odnalezionych wspomnień to jak złapanie Boga za kostki i wgląd w coś, czego w żaden inny sposób nie da się doświadczyć. Nie są to jednak codzienne tematy do przemyśleń. Żyjemy z dnia na dzień, z obowiązku na obowiązek. To normalne i sprawdza się do momentu, w którym trafiamy na przełom.


Dla uważnego czytelnika bloga specjalną niespodzianką nie jest, że próbuję swoich sił w pisaniu. Efektów nie będę sama poddawać ocenie. Wspominam o tym z innego powodu.  Myślę bardziej o podejściu rodziny i otoczenia do faktu mojego „tworzenia”. Pisarzem jest” ktoś, gdzieś, daleko”, a nie osoba, która myje naczynia, z którą codziennie siada się do obiadu i składa życzenia imieninowe, kosi trawę. Taka zasada. Ciężko uwierzyć, że pisanie  to taki sam pomysł na wyrażanie się jak wariacje kuchenne, rozkręcanie silników etc. Nie ważne jednak jak chciałabym to umotywować pisanie i codzienne życie rodzinne w opinii wielu nie potrafią iść w parze.


O Melanii Kaazównie raczej nie słyszeliście. Była siostrą mojego dziadka, założyła rodzinę, urodziła dzieci, została chrzestną mojej mamy, a ostatecznie zmarła na raka. Wiodła życie osoby totalnie niewyróżniającej się z tłumu. Z relacji rodziny wiem, że była oczytana, ale u mnie w rodzinie to dość częsty przymiotnik opisujący jej członków.

W tworzeniu obrazu rodziny i samej cioci Melanii  wiele zmieniło niedawne odnalezienie kilku zeszytów z jej zapiskami. Kiedy ktoś, z kim nie mamy już możliwości porozmawiać odzyskuje głos my  zyskujemy niepowtarzalną szansę na cofnięcie się w czasie, uzupełnienie wiedzy o własnej rodzinie, wzruszenie i okazję do przemyśleń.


Dzienniki obejmują lata II wojny światowej, ale także czasy krótko po jej zakończeniu i pokazują jedną bardzo ważną rzecz. Losy ocalałych nie różnią się. Nie ważne czy spojrzymy na życiorys osoby bardzo znanej: pisarza, malarza, polityka, żołnierza, czy też osoby anonimowej, która swoim działaniem nie odcisnęła w historii trwałych śladów , a pisała tylko na własne potrzeby. To był sposób, żeby uporządkować myśli, wyciszyć tęsknotę za rodziną czy lęk.


W Dziennikach przewija się pragnienie cioci by ich nie publikować. Po co zatem książka i te kilka słów o niej? Książka stanowi pamiątkę rodzinną, a piszę o niej żebyście, o ile macie jeszcze taką szansę, poszukali historii we własnych rodzinach, popytali, nabrali ochoty  by usiąść i porozmawiać. Całkiem możliwe, że to, co usłyszycie was zaskoczy. Być może będzie to początek wspaniałej podróży wstecz, a historia przestanie kojarzyć się ze zbiorem  suchych dat by w zamian zyskać twarze, drogi i miejsca, które wplanujecie w kolejną wycieczkę. Nie bez powodu mówi się, że człowiek,  by potrafił być szczęśliwy i dążył do spełnienia marzeń musi wiedzieć skąd pochodzi. Jeśli macie opowieści, którymi chcielibyście się podzielić zapraszam do sekcji komentarzy. Tam z chęcią poczytam i porozmawiam z wami na ten temat.


Pozdrawiam

Ania- Księganna

sobota, 6 sierpnia 2016

Nowości książkowe: LIPIEC 2016

Sukces! Nie wydałam wszystkich "wolnych funduszy" na książki. Poproszę fanfary, oklaski i medal za asertywność. W lipcu na półce powitałam tylko dziewięć książek.   Całkowitej tragedii nie ma, bo trzy przeczytałam, ale nawet całkowite beztalencie matematyczne, do grupy których- przyznaję to z dumą -należę,  zauważy zakupową przesadę. Nie mam złudzeń. Poprawa nie nastąpi. 
 
W ten sposób- bez wyrzutów sumienia- do biblioteczki dołączyły:

1. Katarzyny Bereniki Miszczuk Szeptucha (W.A.B., Warszawa 2016)






 




2. Luisa Montero Manglano Stół króla Salomona ( Rebis, Poznań 2016)







 



3.Jakuba Ćwieka Grimm City. Wilk! (SQN, Kraków 2016)







 



4. Brandona Sandersona Żałobne opaski ( MAG, Wawszawa 2016)






 



5. Brandona Sandersona Dusza  Cesarza ( MAG, Wawszawa 2016)






 




6. Szymona Hołowni Święci codziennego użytku (Znak, Kraków 2015)






 





 7. Papieża Franciszka Adhortacja Amoris Laetitia. O miłości w rodzinie ( Święty Paweł, Częstochowa 2016)





 





8. Papieża Franciszka Nie bój się drogi (Święty Paweł, Częstochowa 2015)






 






 9. Papieża Franciszka Miłosierdzie to imię Boga (Znak, Kraków 2016)













ŚDM minęły więc jak widać będę czytać Franciszka. Osobnych recenzji jego książek raczej nie będę robić ( chyba, że chcecie- dajcie znać), ale na pewno można się spodziewać jakiegoś zbiorczego poglądu na sprawę. Po cichu liczę, że jak mówi, tak pisze i nie będzie mnie mózg bolał. Przy całym moim szacunku dla Jana Pawła II i jego wiedzy to, co on napisał jest trudne i póki co zaliczam się do tych, którzy jego książki zostawiają sobie na Czyściec.

Reszta książek będzie sukcesywnie recenzowana, kiedy tylko odkopię się z zaległości. Na sierpień zresztą nie szykuję planów poza jednym: Wyczytuj co masz!

Co pojawiło się u Was? Mam nadzieję, że same ciekawe książki.

Pozdrawiam
Ania- Księganna