Melania Kaazówna: Dzienniki 1944 -1949

 

 

 

Historia nieskazana na anonimowość

 

Po każdej rodzinie krążą opowieści. Czasem śmieszne, czasem poważne, a najczęściej ważne tylko dla jej członków. Są też na świecie osoby, które za wieści o przodkach oddałyby ostatnie( nawet pożyczone) pieniądze. Czytanie odnalezionych wspomnień to jak złapanie Boga za kostki i wgląd w coś, czego w żaden inny sposób nie da się doświadczyć. Nie są to jednak codzienne tematy do przemyśleń. Żyjemy z dnia na dzień, z obowiązku na obowiązek. To normalne i sprawdza się do momentu, w którym trafiamy na przełom.
Dla uważnego czytelnika bloga specjalną niespodzianką nie jest, że próbuję swoich sił w pisaniu. Efektów nie będę sama poddawać ocenie. Wspominam o tym z innego powodu.  Myślę bardziej o podejściu rodziny i otoczenia do faktu mojego „tworzenia”. Pisarzem jest” ktoś, gdzieś, daleko”, a nie osoba, która myje naczynia, z którą codziennie siada się do obiadu i składa życzenia imieninowe, kosi trawę. Taka zasada. Ciężko uwierzyć, że pisanie  to taki sam pomysł na wyrażanie się jak wariacje kuchenne, rozkręcanie silników etc. Nie ważne jednak jak chciałabym to umotywować pisanie i codzienne życie rodzinne w opinii wielu nie potrafią iść w parze.
O Melanii Kaazównie raczej nie słyszeliście. Była siostrą mojego dziadka, założyła rodzinę, urodziła dzieci, została chrzestną mojej mamy, a ostatecznie zmarła na raka. Wiodła życie osoby totalnie niewyróżniającej się z tłumu. Z relacji rodziny wiem, że była oczytana, ale u mnie w rodzinie to dość częsty przymiotnik opisujący jej członków.
W tworzeniu obrazu rodziny i samej cioci Melanii  wiele zmieniło niedawne odnalezienie kilku zeszytów z jej zapiskami. Kiedy ktoś, z kim nie mamy już możliwości porozmawiać odzyskuje głos my  zyskujemy niepowtarzalną szansę na cofnięcie się w czasie, uzupełnienie wiedzy o własnej rodzinie, wzruszenie i okazję do przemyśleń.
Dzienniki obejmują lata II wojny światowej, ale także czasy krótko po jej zakończeniui pokazują jedną bardzo ważną rzecz. Losy ocalałych nie różnią się. Nie ważne czy spojrzymy na życiorys osoby bardzo znanej: pisarza, malarza, polityka, żołnierza, czy też osoby anonimowej, która swoim działaniem nie odcisnęła w historii trwałych śladów , a pisała tylko na własne potrzeby. To był sposób, żeby uporządkować myśli, wyciszyć tęsknotę za rodziną czy lęk.
W Dziennikach przewija się pragnienie cioci by ich nie publikować. Po co zatem książka i te kilka słów o niej? Książka stanowi pamiątkę rodzinną, a piszę o niej żebyście, o ile macie jeszcze taką szansę, poszukali historii we własnych rodzinach, popytali, nabrali ochoty  by usiąść i porozmawiać. Całkiem możliwe, że to, co usłyszycie was zaskoczy. Być może będzie to początek wspaniałej podróży wstecz, a historia przestanie kojarzyć się ze zbiorem  suchych dat by w zamian zyskać twarze, drogi i miejsca, które wplanujecie w kolejną wycieczkę. Nie bez powodu mówi się, że człowiek,  by potrafił być szczęśliwy i dążył do spełnienia marzeń musi wiedzieć skąd pochodzi. Jeśli macie opowieści, którymi chcielibyście się podzielić zapraszam do sekcji komentarzy. Tam z chęcią poczytam i porozmawiam z wami na ten temat.

 

Pozdrawiam
Ania- Księganna