Leonard Cohen Księga Miłosierdzia

Leonard Cohen Księga Miłosierdzia

Niektóre książki  są moje odkąd tylko zobaczę okładkę. Tak było na przykład ze „ Złodziejką książek” M. Zusaka i wieloma innymi książkami. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o jednym z takich tytułów. Choć nie wiem czy potrafię to dobrze zrobić. To nie będzie długi tekst, wstawiam go późno, bo długo zajęło mi  jego ukończenie. Wiem, że w tym przypadku muszę bardzo liczyć się ze słowami.

Każdy, kto choć w niewielkim stopniu interesuje się muzyką zna to nazwisko. Leonard Cohen, artysta, muzyk, pisarz, którego utwory doczekały się trwałego miejsca na scenie muzycznej i są bardzo często wykonywane przez innych piosenkarzy, jako niedościgniony wzór. Myślę, że przynajmniej polski odbiorca nie uznaje go w pierwszym odruchu za pisarza i myśli, że Księga Miłosierdzia wydana  w 2017 przez Dom Wydawniczy Rebis, jest marketingową reakcją na śmierć  znanej osoby. Nic bardziej mylnego.

Nabierzcie otuchy, urodzeni w niewoli sztywnych kategorii; drżyjcie, wy, królowie niepewności: wasze żelazo stało się jak szkoło i wypowiedziano już słowo, które je roztrzaska.

Kiedy znalazłam ten tytuł pod choinką, rzucałam się na niego z zamiarem szybkiego przeczytania. Książeczka jest niewielka i zawiera ledwie 50 psalmów, dlatego wydawało mi się, że już przed Pasterką odłożę ją na półkę, znając całą. Kończyłam dziś. (05 stycznia 2018) Dlaczego?

Zawarte w niej utwory może  i nie są obszerne, ale wywołują w człowieku pewien niepokój. Sięgają w głąb, są celne niczym najnowsza broń. Powodują głęboką refleksję. Ukazują człowieka odartego z maski, wystraszonego, poszukującego, takiego, który wie, że nawet w obliczu największych ludzkich zwycięstw   sam siebie może zniszczyć niepewnością, wyrzutami sumienia i strachem. To całkiem inna osoba niż kreacja do jakiej Cohen przyzwyczaił swoich odbiorców, a może lepiej: do której oni sami się przyzwyczaili.

 Uczono mnie, ale ja sam nie uczyłem. Kochano mnie , lecz ja nie kochałem. Nadwyrężyłem imię, które mnie wymówiło i goniłem światłem, kierując się własnym rozumem.

Nie podejmę się interpretacji tego, co przeczytałam. Nie dlatego, że jej nie stworzyłam podczas czytania. Oczywiście, że to zrobiłam. Kiedy siadałam do napisania tego tekstu zastanawiałam się czy mój odbiór Księgi Miłosierdzia jest zbyt osobisty dla mnie, czy też nie chcę narzucać  własnej perspektywy i uważam, że coś pomiędzy. Najgorsze co mogę zrobić, to powiedzieć Wam, co znajdziecie w tej książce. Z przyjemnością porozmawiam z każdym, kto już ją przeczytał. Jestem bardzo ciekawa, co wyszłoby z takiej wymiany.

Komu polecam? Fanom nie muszę, sięgną. To samo  sympatycy poezji. Chciałabym polecić próbę każdemu, kto lubi wyzwanie stawiane przez literaturę. Nie trzeba się bać tego tytułu. Jest duża szansa, że otworzy Was ona na nowe terytoria i zachęci do opuszczenia stref komfortu, chociaż na chwilę.

Serdecznie zapraszam do komentarzy, gdzie czekam i jestem gotowa na dyskusję. Postaram się także odpowiedzieć na pytania. Będziecie czytać? A może już macie na półkach? Osobiście postawiłam sobie za punkt honoru zdobyć i przeczytać Księgę tęsknoty oraz wszystko, co tylko Cohen popełnił.

Ania- Księganna