Wiktor Mrok: Mała baletnica

Wiktor Mrok: Mała baletnica

Dzieci. Osoby niewinne, których głównym zadaniem powinno być poznawanie świata i  rozwijanie ciekawości względem nowych rzeczy. Zasługują na bezpieczeństwo. Niestety nie zawsze mogą na to liczyć.  Co do tego ma pewne zagadkowe zabójstwo? Ano posłuchajcie.

Uważam, że naprawdę warto pisać i czytać o dziecięcych tragediach. Nie jest to literatura przyjemna, zdatna do czytania na plaży, taka z pięknym, szczęśliwym zakończeniem. Najczęściej są to książki, które na długo zostają w pamięci, i wymagają rewizji poglądów. Starczy powiedzieć, że po kilku takich tytułach, dziesięć razy pomyślicie, zanim wstawicie na profile społecznościowe choćby jedno zdjęcie z własnymi dziećmi. Uwierzcie.

Wiktor Mrok w swojej książce Mała baletnica, jak wielu przed nim, skorzystał z dobrego pomysłu. To znaczy oparł swoją książkę na faktach, dodając im potrzebnej dla płynności fabuły.  I wyszło tak, że wprost nie mogłam się oderwać od lektury. Gdyby nie to, że z tyłu głowy miałam  świadomość, że cała opisana krzywda naprawdę miała miejsce… A przecież jestem osobą, która z wykształcenia powinna sobie radzić z taką wiedzą.  Ale krążę, a jeszcze do końca nie wprowadziłam Was w powieść.

Mówiąc najprościej jest to zapis kulisów rozprawiania się z rosyjską  „firmą” tworzącą na potęgę dziecięca pornografię.  I nie mówię o kilku dziewczynkach, a raczej o setkach dziewczynek, wpychanych w ręce oprawców nawet przez rodziców.  Nawet nie będę pytała czy dla Was też to obrzydliwe.

Co ciekawe, narracja jest prowadzona dwutorowo, a całość poznajemy z perspektywy  grupy policjantów, którzy krok po kroku depczą po pietach szajce, a odkryte przez nich fakty powodują, że wielu ma przemożną ochotę by jak najszybciej zmienić pracę. Druga perspektywa to wnętrze porno półświatka. O jednej i drugiej nie chcę Wam mówić za dużo, po jeśli po książkę sięgniecie szybko sami wsiąkniecie w opowieść i  jeśli  się nie pohamuję zepsuję tym samym lekturę.

Książkę czyta się tak, jak się ogląda zajmujący film kryminalny, ale pędząca akcja nie spłyca bohaterów. Ich kreacja nie jest może jakoś specjalnie rozbudowana, ale każdy z nich ma coś co go wyróżnia i sprawia, że zapadają w pamięć i aż by się chciało wiedzieć, jak dalej potoczą się ich losy.

Nie można zapomnieć o wątku talentu, który jest tu wykorzystany na wiele sposobów, głównie jednak staje się tłem do pokazania jak bardzo dziecko potrzebuje uwagi i na co jest gotowe aby tęże otrzymać.

Wszystko to sprawia, że jest to pierwsza książka W. Mroka jaką czytałam, ale na pewno nie ostatnia. To jest literatura pisana łatwym językiem i nastawiona na zwrócenie uwagi, coś pomiędzy kryminałem, a sensacją.  Pewnie mogłabym teraz siedzieć i punktować tę książkę, ale wydaje mi się, że byłoby to czepialstwo.

Brutalność w tej książce jest na porządku dziennym, właściwie różne jej oblicza. I dobrze, ponieważ książka byłaby zła gdyby traktowała temat zbyt lekko. Czytelnik jest uczestnikiem śledztwa i sam ocenia, próbuje wyprzedzić akcję.  Co ważniejsze zaczyna się zastanawiać i oceniać, co jest potencjalnie niebezpieczne. Bez paniki, po prostu z pełną świadomością, że  nawet pozornie zwykłe zachowania mogą mieć podtekst. Wiem, że piszę zawile, ale znów, robię wszystko, żeby nie spoilować.

Polecam, choć z góry mówię, że Mała baletnica , przy całej zgrabności konstrukcji i płynności akcji , a także pełnokrwistych bohaterów, nie jest łatwa i średnio się nadaje na zaczęcie przygody z kryminałem, głównie ze względu na charakter i skalę problemu o jakim opowiada. Nie mam jednak wątpliwości, że warto po nią sięgnąć.

Bardzo mnie ciekawi Wasz pogląd na tytuły z pogranicza trudnych tematów. Sięgacie?  A może raczej wolicie nie, żeby nie napędzać sobie stracha? Czekam w komentarzach.

Ania – Księganna