Lily Brooks – Dalton: Dzień dobry, północy

Przyznaję się bez bicia. Po książkę, o której dziś Wam opowiem sięgnęłam ze względu na piękna okładkę, którą machnęła mi przed nosem Ania z Bestelerek. Myślę, że bez niej nie zauważyłabym tej książki, a to by była spora strata dla mojego czytelniczego serduszka.

Wszechświat nas ciekawi. Stanowi ciągle niewiadomą, niedostępną przestrzeń, której się uczymy, ale która oddaje wiadomość o sobie z niebywałą wręcz niechęcią. Lily Brooks- Dalton pochyliła się nad  dążeniem człowieka, zmierzającym do pełnego zrozumienia  i uczyniła sobie z niego świetne tło powieści.

Badamy wszechświat, żeby wiedzieć; jednak w końcu naprawdę dowiadujemy się jedynie tego, że wszystko się kończy… istnieje tylko czas i śmierć.

Dzień dobry, północy, pomimo swoich niewielkich rozmiarów (270 stron) przytłacza swoją trafnością i bezkompromisowością. Łączy w sobie dwie perspektywy. Z jednej strony obserwujemy starszego naukowca Augustine, który poświęcił gwiazdom tyle lat swojego długiego życia, że zamiast ludzi wybiera swój ośrodek badawczy i godzi się na śmierć w samotności. Dalego w kosmosie znajduje się Sully, która jest członkinią załogi statku kosmicznego, powracającego z odległej misji badawczej. Obserwujemy ich naprzemiennie, dlatego punkt zwrotny, jakim jest nienaturalna cisza w eterze postrzegamy wielowymiarowo. Czym spowodowana jest ta anomalia i jaki wpływ będzie miała na bohaterów? Tego Wam oczywiście nie powiem.

Trzeba podkreślić,  że to nie jest zwykłe si-fi, zresztą ja bym jej tak nie sklasyfikowała, nawet biorąc pod uwagę to, gdzie odbywa się pół  książki. Więc niech was nie zniechęca ta tematyka nawet jeśli zazwyczaj omijacie książki z naukowo – kosmicznym motywem. Autorka skupia się na człowieku, konsekwencjach jego wyborów i sposobach na radzenie sobie z trudnościami. Co prawda pokazuje to w warunkach dość ekstremalnych, ale naprawdę łatwo jest przenieść  to, co czytamy na nasze warunki.

Kiedy śledziłam losy bohaterów miałam mętlik w głowie.  Autorka stworzyła tak emocjonalny klimat, że na czas czytania żyłam losami bohaterów, odczuwałam ich emocje i stawiałam sobie te same pytania co oni. Szczególnie to ostatnie jest ważne. Może nigdy nie będę astronomicznym świrkiem, ale  pytania o samotność, opuszczenie, czasem niepewność i lęk każdy człowiek musi sobie kiedyś postawić. Dzień dobry, północy stwarza kontrolowane warunki i przestrzeń do tego. Dość powiedzieć, że po skończeniu obdzwoniłam ludzi, z którymi ostatnio nie miałam kontaktu.

Dla mnie autorka wmurowała się w pamięć i będę czytała jej kolejne książki. Postawiła sobie wysoko poprzeczkę, a jednak  nie mam wątpliwości, że go utrzyma. Dlaczego?  W pewien sposób nie jest sztuką napisanie długaśnej książki z wielkim przesłaniem, bo jest na to miejsce. Jeśli jednak autorka jest w stanie zmieścić się na tak niewielu stronach, a jednocześnie ująć taką głębię.  Nie jestem mistrzem pisania o takich książkach, bo ich fenomen polega na połączeniu fabuły, postaci, stylu i wrażenia po lekturze. Szczególnie ważne jest to ostatnie, bo sprawia, że zapada w pamięć. Ilekroć wracam do niej myślami wpadam w melancholię. Niekoniecznie rozumiem dlaczego książka zniknęła w tłumie innych, choć mam nadzieję, że z czasem zostanie doceniona i więcej osób da jej szansę.

A co Wy myślicie o tym tytule? Jestem ciekawa, może wśród Was są osoby, które go  znają i być może zrobił równie wielkie wrażenie. Czekam w komentarzach, a jeśli Was przekonałam, będę  bardzo wdzięczna jeśli wróci i podzieli się wrażeniami.

Pozdrawiam

Ania – Księganna

  • http://ksiazkowe-podroze-w-chmurach.blogspot.com Anna Nawrat

    Nie dziwię się, że okładka przyciągnęła Cię do tej książki, bo jest przepiękna! A i opowieść zdaje się być wartą przeczytania, dlatego zapisuję na listę i może kiedyś…